O człowieku, który przyprowadził zakrwawioną Mariolkę.

Z życia wzięte. Siedzę sobie ostatnio w poczekalni jednego z warszawskich Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Dookoła dość typowe jak na tego typu miejsce towarzystwo. "Wczorajszy" żul w brudnym podkoszulku z wyeksponowanym tatuażem, który cwaniakuje, łazi po korytarzu zaczepiając pacjentów, jakaś Pani, która udaje chorą i chce sobie na SOR-ze załatwić szybciej tomograf, kilka babć z nadciśnieniem, jakiś młodzian z podbitym okiem. Co chwila ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Trochę sobie poobserwowałem to towarzystwo ale ile można, w końcu wyciągam książkę o kosmosie i staram się czytać.

Nagle wchodzi około 50-letni Steve Jobs (tzn. gość o takiej stylówie z laptopikiem pod pachą), i pcha przed sobą młodą dziewoję w niezbyt dobrym stanie. Niewiasta, roboczo nazwijmy ją Mariolką, trzyma w górze wyraźnie uszkodzoną rękę, jest cała we krwi i prowizorycznie opatrzona jakimś materiałem. Podchodzą do rejestracji.

– Steve Jobs – wypadek był.

– Ratownik SOR- co się stało?

– Steve Jobs – wypadek z wiertarką.

– Ratownik SOR – że z czym?

– Steve Jobs – z wiertarką!

Dyskretnie szukam zakładki od książki, i czekam na dalszy ciąg krwawej historii, ale w takim przypadku przedstawiciele służby zdrowia jednak nie są opieszali, i po chwili zakrwawiona Mariolka znika za drzwiami, za które nie można wejść bez karty, która robi pik pik. Dalszego ciągu historii nie ma. (Żul z poczekalni rzuca kilka kurew, że zaraz też się pochlasta jak go nie wpuszczą). Steve Jobs siada tuż obok mnie, rozkłada laptopika, doszukuje się gdzieś nawet kontaktu, i po chwili trzaska maila za mailem.

Wracam do książki o czarnych dziurach, chociaż wypadek z wiertarką wydał mi się chwilowo ciekawszy niż wielkie dziury w kosmosie, których nie da się zobaczyć, ale z matematyki wynika, że one tam na pewno są. No bo jak to? Ubrany na czarno Steve Jobs z laptopikiem, jakaś Mariolka (chyba studentka), do tego wiertarka, wiertarką w rękę, ręka w szmacie. Ona cała we krwi, Steve niewzruszony trzaska maile. Żul wkurwiony. Ja zgubiłem stronę w książce. Nic tu do siebie nie pasuje. Wyobraźnia zaczęła kreślić różne scenariusze. Najwyraźniej niepotrzebnie kiedyś przeczytałem kilka tych książek Jo Nesbo, bo rysowały mi się nawet jakieś obrazy z miejsca zbrodni, jak on ją tą wiertarką chciał wykończyć, ale się nie udało, więc udał, że to wypadek – Mariolka się jeszcze nie pokapowała. Z drugiej strony w sumie co mnie to obchodzi? ALE jednak dobrze wiedzieć jak sobie zrobić krzywdę wiertarką. A jak ja sam, jako matoł techniczny, rozwiercę sobie rękę wiertarką? Albo komuś? Albo wiertarką przebije się przez ścianę i sąsiada w rękę? Może to możliwe? Może Jobs to sąsiad Mariolki? A może mieli pecha i padli ofiarą wady fabrycznej jakiejś wiertarki? Dobrze by było się dowiedzieć jaka to wiertarka. Nagle orientuje się, że czytam szósty raz tą samą stronę książki.

Gdy tak rozważam możliwe scenariusze i stawiam sobie ważne życiowe pytania, nagle w poczekalni zjawia się opatrzona Mariolka. Dość blada, ale nawet uśmiechnięta, macha do Jobsa opatrzoną ręką.

– Steve Jobs – i jak?
– Mariolka – doktor powiedział, że na szczęście powierzchownie, ale musieli szyć.
– Steve Jobs – a, to dobrze. Bałem się, że przez nerwy i ścięgna poszło.
– Mariolka – nie, jest dobrze (na dowód zaczęła ruszać palcami dłoni)
– Steve Jobs – to świetnie. To wracamy i jeszcze powiercimy.

Tu nie wytrzymałem. Cisnąłem książką do plecaka, i chociaż rzadko to robię, to zacząłem się czaić by zaczepić Steva i wypytać go o tajemnicę.

Steve działał jak huragan. Chociaż młoda coś niby protestowała pod nosem odn. dalszego wiercenia, Steve już gasił kompa, i pakował różne gadżety do torby, wyraźnie pocieszony, że w sumie przyjechali z błahą sprawą, w sumie to nic jej nie jest i mogą znowu powiercić. Nie lubię przemawiać do czyjegoś tyłka, ale tym razem trzeba było działać szybko, bo szansa na wyjaśnienie sprawy malała z każdą sekundą.Huknąłem na całą poczekalnię:
– R – Proszę Pana! Ale jak to się stało?
Steve się odwrócił, i chyba nawet zadowolony z zainteresowania na chwilę przystanął wyraźnie zwracając się do mnie. (To było miłe zaskoczenie, bo wyglądał na gościa, który mijany w ciasnym korytarzu nie odpowiada na głośne dzień dobry).
– Steve Jobs – widzi Pan. Było dość niebezpiecznie.
– R – remont?
– Steve Jobs – nie, nie, bo wie Pan. Robię rzeźbę. Z drewna, z drewna olchowego. I wie Pan, to bardzo twarde jest, niewdzięczny materiał. Trudno to obrobić, więc wziąłem wiertarkę.
– R – i wiertło wypadło?
– Steve Jobs – nie, nie, bo wie Pan. Nie należy jednak używać człowieka jako imadła. Ona trzymała rzeźbę. Wierciłem i nagle mi się wiertło obsunęło i prosto w nią. Było niebezpiecznie, myślałem, że cała ręka poszła.
– R – ah, no to wszystko jasne. Dziękuję, bo jakoś tak byłem ciekawy.

Odetchnąłem – i wszystko jasne. W teorii mogę więc kiedyś jeszcze wiercić. Nie uszkodzę sąsiada, nie rozwalę komuś ręki. Na to bym nie wpadł. Kilku nowo przybyłych oczekujących kręciło do siebie głowami po usłyszeniu tej historii, babcia w rogu uśmiechała się do nowych i chyba udawała, że cokolwiek słyszy, żul zniknął w toalecie, ratownicy coś się rechotali za barierką. Jobs zapiął torbę, rzucił do ratownika z rejestracji do widzenia, i poszedł dogonić Mariolkę, która w międzyczasie wybyła na dwór.

Ja zamknąłem książkę o czarnych dziurach, i pomyślałem, że może to opisze na fejsie albo blogu. A nuż, ktoś pouczony tą historią postanowi, nie używać człowieka jako imadła, podczas rzeźbienia rzeźby wiertarką w drzewie olchowym.

Ze słyszenia wiem, że to raczej niebezpieczne.

 

Ilustracja do wpisu: Designed by jannoon028 / Freepik