Niezgoda prodemokratyczna – czyli co faktycznie zagraża polskiej demokracji?

Przed nami wybory. Wielu z nas pójdzie do urn z intencją obrony polskiej demokracji. Wobec obaw wielu osób warto pochylić się nad pytaniem – czy w Polsce demokracja jest rzeczywiście realnie zagrożona? Odpowiedź brzmi – OCZYWIŚCIE że tak, bo każdej demokracji zagrażają procesy antydemokratyczne, i dotyczy to Polski nie od 2015, ale od 1989 roku. Dziś, w przeddzień wyborów pytanie brzmi więc – co jest faktycznym zagrożeniem dla naszej młodej demokracji, a co może stanowić o jej sile i przetrwaniu? Udzielam własnej, subiektywnej odpowiedzi na te pytania.

Wolność słowa

Podstawą funkcjonowania systemu demokratycznego jest wolność wypowiedzi. Dziś, ta fundamentalna wartość decydująca o istnieniu, lub nieistnieniu demokracji jest bardzo zagrożona. Czym się to objawia? Patrząc na obowiązujące już standardy debaty publicznej w wielu państwach zachodniej Europy, doskonale widać, że największym dziś zagrożeniem dla wolności słowa, a więc i wolności wyboru, wolności mediów, dyskusji, i swobody myśli, a w konsekwencji istnienia demokracji jest tzw. poprawność polityczna.  Ostatnie lata pokazują, że zagrożenie te bardzo się wzmogło również w Polsce.

(Zapoznaj się z opinią na ten temat poprawności politycznej m.in. John Cleese'a, współtwórcy grupy Monty Phyton – link na dole tekstu)

W dzisiejszej Polsce wciąż można jeszcze publicznie rozmawiać na tematy, które w państwach zachodnich są już tematami tabu. Prawa gejów i osób trans, edukacja seksualna, otwarcie drzwi dla imigrantów z państw islamskich, wiara w Boga, przyznanie się, eksponowanie i głoszenie prawd wiary chrześcijańskiej, sprzeciw wobec aborcji, eutanazji, czy nawet opór wobec feminizmu czy postulatów równości płci.  

W wielu państwach zachodnich publiczna dyskusja na powyższe tematy nie jest już możliwa, bądź wiąże się z konsekwencjami prawnymi. Jeśli sprzeciwiasz się określonemu światopoglądowi jesteś nazywany faszystą, nazistą, rasistą, homofobem, zwolennikiem supremacji białej rasy, ksenofobem i seksistą. W wielu państwach pojawiły się też prawne instrumenty wykluczające możliwość dyskusji, polemiki, propagowania niesłusznych poglądów.

Prostym przykładem takiego stanu, jest ukrywanie przez niemiecką policję i niemieckie media fali ataków na tle seksualnym, do których dopuścili się imigranci w czasie jednego z ostatnich sylwestrów. Blokada informacyjna była efektem chorej poprawności politycznej. Inny przykład, to kary grzywny bądź więzienia dla osób, które próbowały żyć lub głosić poglądy zgodne z wyznawanymi wartościami religijnymi. (Przypomnijmy skazanie na więzienie niemieckiego małżeństwa Ireny i Heinricha Wiens, którzy nie zgodzili się na uczesnictwo swoich dzieci w edukacji seksualnej, czy przypadek szwedzkiego pastora Aake Greena, którego latami ciągano po sądach, za kazanie, które wyrażało krytyczny stosunek do homoseksualizmu).

Czy nam również to grozi? Niestety tak. Również w Polsce istnieje spora grupa ludzi, ślepo podążających za zachodnimi wzorcami. Ludzie Ci chętnie doprowadziliby do sytuacji, w której samochody z antyaborcyjnymi plakatami zostałyby skonfiskowane, poglądy wg. nich homofobiczne byłyby karane, a nie wysyłanie dzieci na edukację seksualną, czy publiczne okazywanie wiary groziłoby nadzorem kuratora lub wręcz odebraniem praw rodzicielskich.

Na szczęście polska mentalność zrodzona w okresie zaborów i okresu komuny jest bardzo przekorna. Narzucanie nam woli na siłę przynosi dokładnie odwrotny do zamierzonego skutek. Polacy, wobec wciskania nowinek światopoglądowych na siłę, zaczynają się mobilizować do oporu przeciw niemu, i jeszcze odważniej demonstrują swój sprzeciw.

Widać to chociażby w obszarze wiary katolickiej. Dosyć rozleniwiona przez lata wspólnota polskich katolików, w wyniku ostatnich ataków ze strony skrajnych ruchów światopoglądowych, dynamicznie się aktywizuje, konsoliduje i odpowiada na zaczepki świata antykultury. W całej Polsce w ramach inicjatywy "Męski różaniec na ulicach miast", młodzi mężczyźni publicznie okazują przywiązanie do wiary. W każdym miesiącu nowe miasta przyłączają się do akcji.

Świeccy, pomijając zblazowanych biskupów i przygaszonych duchownych, sami organizują olbrzymie akcje modlitewne, które gromadzą setki tysięcy ludzi. Polski Kościół, choć frekwencyjnie coraz mniejszy, zdecydowanie odzyskuje ducha swojego wielkiego autorytetu – Jana Pawła II. Trzeba przyznać, że ten stan, to efekt ataku na wydawałoby się podstawowe i zupełnie oczywiste wartości. Można uznać, że to adwersarzom zawdzięczamy to przebudzenie.

Aktywność obywatelska

Nie tylko katolicy, i antykatolicy, ale i całe polskie społeczeństwo w ostatnich kilku latach stało się niezwykle aktywne. Ulica często zabiera głos, a dotychczasowa władza póki co gwarantuje swobodę tych wypowiedzi, zapewniając wszystkim bezpieczeństwo (kto pamięta jak wyglądały Marsze Niepodległości w latach 2010-2014, a ja wyglądają w ostatnich 2015-2018, będzie rozumiał co mam na myśli). Dziś na polskich ulicach można krzyczeć, że Kaczyński to tyran, jak i postulować "zakaz pedałowania", a ludzie z durszlakiem na głowię mogą wyśmiewać katolicką liturgię i żądać legalizacji małżeństw homoseksualnych. Wolność wyrazu, ograniczona nieco prawnie (choćby zakazem obrażania uczuć religijnych, czy zakazem obnażania się w miejscach publicznych), jest w Polsce wciąż na bardzo wysokim poziomie. Warto to docenić.

Wolność mediów

Demokracja to również wolne media. W przeciwieństwie do lat 2008-2015 mamy dziś pewną równowagę przekazu dużych telewizji, w których te publiczne, są zasadniczo jednoznacznym wyrazicielem głosu władzy, przy jednocześnie silnej reprezentacji mediów całkowicie lub częściowo antyrządowych. Jakość tych mediów jest niezwykle niska, upolitycznienie przekazu obu stron bardzo wysokie. Dawny etos dziennikarski, który starał się nie okazywać wprost sympatii jednej, lub drugiej stronie, został już całkiem odrzucony. Dziś widz doskonale wie, że słucha "swoich", lub "obcych". Maski opadły, i w przeciwieństwie do lat 2008-2015, pozorowanie obiektywizmu nie ma już miejsca. Z punktu widzenia demokracji ta sytuacja jest dość bezpieczna. Osoba, która chce wyrobić sobie zdanie, może zapoznać się z przekazem jednej lub drugiej strony i dokonać oceny argumentacji, lub nawet oceny warsztatu propagandowego funkcjonariuszy jednej lub drugiej strony.

Forum kształtowania się opinii

Z tego powodu prawdziwym miejscem do kształtowania się i formułowania opinii jest dziś internet. I to na manipulacji przekazem w internecie skupiają się dziś Ci, którzy chcą wpłynąć na wyniki wyborów – manipulować najlepiej tym, co ma pozory obiektywizmu. Na szczęście internet w swym obecnym kształcie jest trudny do kontrolowania, manipulowania masami, budowania prostego obrazu świata – tak jak to ma miejsce w przypadku telewizji, która jest medium bez interakcji z odbiorcą.

W walce o demokrację, warto więc bronić internetu nawet w jego obecnym, nieuregulowanym kształcie, nawet tego, w którym szerzy się hejt, i chamstwo. Ten internet jest mimo wszystko narzędziem, który ma istotny wpływ dla utrzymanie się demokracji – i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Co ciekawe, w ostatnich latach największe zagrożenie dla wolności internetu pojawiało się w postulatach wyjątkowo mało demokratycznej instytucji – czyli Unii Europejskiej, która skutecznie próbuje ograniczać demokrację w internecie, a więc i demokrację w ogóle.

Jednocześnie to właśnie Unia Europejska wytacza wielkie działa przeciwko krajom, które wg niej, łamią standardy demokratyczne. Warto odnotować, że wg przedstawicieli UE dokładnie te same standardy w jednych krajach uznane są za demokratyczne, a w innych za niedemokratyczne. Absurd tej sytuacji najlepiej unaocznia fakt, że największym krytykiem polskich reform dot. Trybunału Konstytucyjnego był polityk z kraju, w którym Trybunał Konstytucyjny w ogóle nie istnieje.

Balans trzech władz

Jednak prawdą jest, że również w Polsce naruszenie odpowiedniego balansu między trzema władzami może zagrozić demokracji. W praktyce jednak nikt nie wie jaki dokładnie sposób określenie wzajemnych relacji trzech władz, będzie dawał optymalne warunki dla zachowania demokracji, ale i do skutecznego wypełniania funkcji wszystkich trzech władz z osobna oraz ich funkcji we wzajemnej relacji do siebie. Aby dokonać właściwej oceny trzeba uwzględnić charakter i historyczny kontekst danego społeczeństwa.

Czy istniejący dziś balans między władzą sądowniczą, a władzami ustawodawczą i wykonawczą jest właściwy i optymalny z punktu widzenia demokracji? Prawdopodobnie nie. Krytycy dotychczasowej partii rządzącej i jej dość karkołomnych prób reform nie biorą jednak pod uwagę, że nie był on również właściwy po 89 roku, a nawet po 97 roku, w którym to uchwalono nową konstytucję. A skąd o tym wiem? Wiedzą to chyba wszyscy, którzy zetknęli się z polskim sądownictwie, i niewyobrażalną wręcz skalą niesprawiedliwości, jaką system ten generował i wciąż niestety generuje. Wobec takiego stanu rzeczy, trudno się dziwić, że jedna z sił politycznych zechciała ograniczyć wszechmoc władzy, która nie spełniała swojej podstawowej funkcji. Warto przypomnieć, że poprzednicy też próbowali coś z tym zrobić, jednak ich determinacja była zdecydowanie mniejsza, a próby reform kończyły się fiaskiem.

Uczestnictwo w procesach demokratycznych

Zdrowa demokracja to z pewnością taka, w której obywatele są zainteresowani sprawami publicznymi i aktywnie uczestniczą w wyborach. Z tego punktu widzenia można stwierdzić, że w ostatnich 4 latach stan polskiej demokracji się poprawił. Spójrzmy na frekwencję w ostatnich kilku wyborach.

– Wybory do europarlamentu 2009 i 2014 – frekwencja ok 24%
– Wybory do europarlamentu 2019 – frekwencja 45,68 %
– Wybory samorządowe 2010 i 2014 – frekwencja 47,3 %
– Wybory samorządowe 2019 – frekwencja 54,90 %
– Wybory parlamentarne 2015 – frekwencja 50,92%
– Wybory parlamentarne 2019 – frekwencja ? (+-?)

Na podstawie kilku ostatnich wyborów widać wyraźnie, że coraz większa część obywateli postanawia wziąć udział w procesie demokratycznym. Szczególnie szokująca wydaje się różnica w wyborach europejskich, w których zaangażowanie wzrosło praktycznie o 100%. Daje to szansę na rekord w wyborach parlamentarnych, które z pewnością rozpalają dużo większe emocje.

Wysoka frekwencja gwarantuje również lepszą kontrolę społeczną nad procesem wyborczym, i większe zaangażowanie osób pracujących w komisjach. Wszystko to podnosi jakość wyborów, i wzmacnia demokratyczny mandat władzy, która osiągnie najlepszy wynik.

Ostatnie zmiany techniczne takie jak przezroczyste urny, monitoring sal wyborczych, czy upraszczanie kart do głosowania, nie powinny raczej zaszkodzić.

"Nikt tak nie podzielił Polaków jak…"

Z powyższych rozważań wynika dla mnie, że pomimo wręcz histerycznych głosów dużej części społeczeństwa, żyjącego w przeświadczeniu, że demokracja jest realnie zagrożona przez jedną z sił politycznych, jej faktyczny stan jest na całkiem zadowalającym poziomie. Mało tego, sam fakt istnienia takich głosów i istnienia tych rozbudzonych do niewyobrażalnych wręcz rozmiarów emocji, również jest pozytywną przesłanką. Istnienie sporu i podziału w społeczeństwie, nawet niezwykle brutalnego, jest funkcją prodemokratyczną. Państwa, w których społeczeństwa się o nic nie spierają lub tego sporu nie widać w przestrzeni publicznej, to najczęściej państwa niedemokratyczne lub z mocno kulejącą demokracją (spójrzmy choćby na Niemcy, gdzie spłaszczenie poglądów jest tak zaawansowane, że jedna osoba rządzi krajem bez przerwy od 2005 roku – czy to oznaka zdrowej demokracji, czy może zdławienia forum debaty publicznej m.in. poprzez chorą poprawność polityczną?).

Z tego punktu widzenia każdy krzykacz, który obawia się o stan demokracji w swoim kraju, nawet jeśli jego opinia jest wypadkową skutecznej gry polityków, jest żywym dowodem na to, że demokracja ma się względnie dobrze. Tam gdzie jest inaczej, tego typu krzykaczy raczej nie widać, lub ze względu na ograniczoną wolność mediów, informacje te nie docierają do masowego odbiorcy.

Walczmy więc o polską demokrację, tak jak każdy z nas umie. Jedni krzykiem i publicznym wyrażaniem swoich lęków, inni dyskusjami i polemikami w internecie, jeszcze inni paradowaniem i prezentowaniem swoich poglądów nawet w ordynarny sposób, lub protestowaniem wobec tej ordynarności. Nie dajmy zamknąć sobie ust żadnej ze stron politycznego sporu, nie wpadnijmy w pułapkę poprawności politycznej, rozmawiajmy i spierajmy się ze sobą, choćby kończyło się to awanturami, emocjami, podziałami. W demokracji nie chodzi o to by się ze sobą zgadzać – w demokracji chodzi o wolność wyrażania poglądów i dostęp do demokratycznych wyborów. Brońmy tych fundamentalnych wartości, a do kultury prowadzenia sporów może z czasem dorośniemy.

Ja 13 października idę na wybory – i na wszelki wypadek biorę własny długopis. A dlaczego? Sprawdź w filmie na samym dole poniższego tekstu.

 

John Cleese o tym Jak poprawność polityczna zabija wolność słowa

Dlaczego na wybory biorę zawsze własny długopis