Jak napadliśmy na Czechy. Czyli o czterech latach rządów PiS.

Styczeń 2017 rok. Błyskawiczna i tajna akcja 18 Dywizji Zmechanizowanej z Siedlec przy wsparciu sił specjalnych z jednostek Agat oraz Nil zakończyła się zajęciem bez wystrzału części terytorium Czech. Kraj liberecki, morawsko-śląski, ołomuniecki, zliński i pardubicki znalazły się pod kontrolą Rzeczypospolitej Polskiej. Sukces polskiego wojska zwieńczyła uroczysta parada, w której minister Antoni Macierewicz oraz prezes PiS Jarosław Kaczyński przyjęli dobrowolny akt przekazania zajętych terenów od premiera Czech, który zrezygnował z jakichkolwiek roszczeń i pretensji.

Na efekty tej niezwykle skutecznej operacji nie trzeba było długo czekać. Zajęcie bez wystrzału tak atrakcyjnych turystycznie terenów musiało przynieść wspaniały efekt po stronie dochodów państwa. I tak się oczywiście stało. W pierwszym kwartale 2018 roku Główny Urząd Statystyczny podał dane, które pokazały jak bardzo zajęcie części Czech odbiło się na dochodach państwa. W porównaniu do 2015 roku, dochód budżetu państwa w 2017 wzrósł o niebagatelne 64 mld złotych (z 306 na 370 mld). Dzięki nowym terytoriom wzrosły wpływy z wszystkich podatków, w szczególności z VAT-u. Między 2011 a 2015 roku dochody z VAT wahały się między 113 a 127 mld, raz spadając, raz rosnąc. Po skutecznym ataku na Czechy, już w 2017 roku wzrosły do 157 mld, a w 2018 mimo zaplanowanych 166 mld, do budżetu wpłynęło aż 175 mld – czyli w stosunku do 2015 roku aż 48 mld więcej.

Niestety, to tylko fikcja…

Patrząc na poziom świadomości wielu anty-PiS-owych wyborców, mam wrażenie, że tylko w taką wersję wydarzeń byliby w stanie uwierzyć, gdyby w ogóle chcieli zapoznać się z danymi z ostatnich czterech lat dotyczącymi polskiej gospodarki. Tylko najazd totalitarnego państwa PiS na któregoś ze słabszych sąsiadów, byłby dla nich wytłumaczeniem tak wysokiego wzrostu dochodów budżetu państwa (powyższe dane liczbowe są prawdziwe). Drugim jest oczywiście – fałszerstwo i kreatywna księgowość, która jest tak genialnie zrobiona, że nabierają się na nią światowe instytucje gospodarcze, ratingowe, i Unia Europejska.

W tym miejscu warto zaznaczyć, że oczywiście, o sukcesach gospodarczych PiS-u trąbi nieustannie telewizja rządowa – TVP PiS. Trąbi do tego stopnia, że jakieś 3 lata temu przestałem ją właściwie oglądać. Mówiąc szczerze – na chwilę obecną nie mam pojęcia co oni tam wygadują, więc trudno mi jest się oburzać, na ponoć ich nachalną propagandę. Złudzeń co do rzetelności dziennikarskiej zatrudnionych w TVP PiS funkcjonariuszy nie mam żadnych. Jednakże, doskonale pamiętam "rzetelność" ich poprzedników, pracujących na rzecz jedynie słusznej partii Pana Donalda T., oraz jej wszelkiej maści sympatyków w mediach typu Gazeta Wyborcza, Newsweek, TVN itd. Media te, podobnie jak TVP PiS, przedstawiają swoją wersję "prawdy", zdecydowanie odrzucając obiektywizm, jako cnotę, która przecież powinna obowiązywać każdego dziennikarza. Jedyne co ich różni – to nieco większe wyrobienie w subtelnej manipulacji. TVP PiS żadnego obiektywizmu nie udaje (co też jest cenne).

Z tego powodu, doniesienia mediów stronniczych jednej, bądź drugiej strony, należy odrzucić w całości. W tym wpisie chce jednak skupić się na gospodarce, a o niej można dowiedzieć się z wielu źródeł, które bezpośrednio nie mieszają się w politykę. Najlepszym źródłem jest przede wszystkim Główny Urząd Statystyczny, ale równie dobrym są źródła, które powołują się na dane instytucji, które muszą raportować rzetelne statystyki. Szaleńców anty-PiS-owych krzyczących, że dane GUS są na pewno sfałszowane możemy zbyć wzruszeniem ramion. Wobec tego dane GUS za rządów PO też są z pewnością sfałszowane – gdyby tak faktycznie było, to wszystkie nasze dywagacje (za i przeciw PiS czy PO) nie miałyby sensu. Mimo wszystko ufając w zanurzenie polskiej gospodarki w globalny rynek i tak wymagającą instytucję jaką jest Unia Europejska, załóżmy, że wymaga to przepływu rzetelnych danych gospodarczych. Przyjmijmy więc założenie, że dane instytucji statystycznych są rzetelne, i na nich się będę w tym tekście opierać.

81 miliardów

Z przykrością muszę stwierdzić, że opisana powyżej inwazja Polski na Czechy to wymysł mojej wyobraźni i w tym miejscu stanowczo prostuje powyższe doniesienia – przy poziomie nieracjonalności niektórych obywateli jestem w stanie uwierzyć, że ktoś weźmie ten tekst poważnie. Chociaż naszym sąsiadom zza południowej granicy faktycznie przydałby się łomot (za całokształt – są po prostu wkurzający), to niestety prawdziwe wpływy i wzrosty dochodów budżetu państwa z ostatnich lat, które podane były powyżej, nie są zasługą wchłonięcia ich podlanych słabym piwskiem terytoriów.

Wg. danych wykonania budżetu, które można sprawdzić na stronie m.in GUS, dochody wzrosły między 2015 a 2017 roku o blisko 20%. W kolejnym roku, dochody wzrosły do 380 mld, by w 2019 roku wg. założeń budżetowych wynieść 387 mld. Przez 4 lata rządów PiS dochody wzrosły więc nominalnie o 81 mld złotych (licząc od ostatniego budżetu PO-PSL w 2015). (Koszt programu 500+ na pierwsze dziecko to ok 23-25 mld złotych).

Dla porównania. Licząc 5 poprzednich lat rządów koalicji Platformy Obywatelskiej i PSL dochody budżetu państwa wynosiły:

  • 2011 – 277,1 mld
  • 2012 – 287 mld
  • 2013 – 279,1 mld
  • 2014 – 297,3 mld
  • 2015 – 306 mld

Przez 4 lata rządów dochody wzrosły zaledwie o 28,9 mld złotych, notując też istotny spadek w 2013 roku, do 279,1 mld. Jeśli sięgniemy jeszcze głębiej, do 2009 roku, a więc pierwszego za który w pełni odpowiadał rząd PO-PSL, zobaczymy, że dochody budżetu wyniosły 274,2 mld. A więc przez 7 lat rządów PO, dochody budżetu wzrosły o 31,8 mld (81 mld w 4 lata rządów PiS). Uśredniając daje to wzrost 4,54 mld rocznie. W przypadku rządu PiS roczny wzrost wyniósł 20,25 mld. (W tym miejscu znowu nerwowo przeglądam internet, czy aby na pewno nie było jakiejś inwazji).

Warto przypomnieć, że rząd PiS-LPR-Samoobrona zakończył się w sierpniu 2007 roku. Stworzona przez rząd PO-PSL ustawa budżetowa na 2008 rok zakładała dochody budżetu państwa w wysokości 281,8 mld złotych, jednak finalnie budżet państwa zebrał jedynie 253,5 mld złotych. Rok ten trzeba uznać za swoistą anomalię, w którym wykonanie ustawy budżetowej zarówno po stronie dochodów jak i wydatków mocno się rozjechało – był to też początek światowego kryzysu gospodarczego, który uderzył w finanse całego świata.

Porównując wzrosty dochodów budżetu państwa od ostatniego roku rządów koalicji PiS-LPR-Samoobrona, widać, że nawet w perspektywie 9 letniej, rządy PO-PSL nie były w stanie osiągnąć takich wyników, jakie osiągnął rząd PiS w 4 lata. W 2007 roku dochody budżetu państwa wyniosły zaledwie 236,4 mld złotych, czyli w porównaniu z ostatnim rokiem rządów Ewy Kopacz, wzrosły o 69,6 mld. To ciągle 11 mld mniej w stosunku do wyniku PiS, i to w ciągu 8, a nie 4 lat.

Zestawienie tych danych pokazuje też w jakim miejscu byliśmy pod koniec poprzednich rządów PiS, a w jakim jesteśmy dziś. Państwo polskie w 2019 roku ma do dyspozycji 150 mld złotych więcej, niż w 2007 roku.

Opresyjne państwo Kaczyńskiego

W tym miejscu Janusz Korwin Mikke krzyknie wszem i wobec, że tylko idiota cieszy się, że budżet państwa jest coraz większy i wydaje coraz więcej. Pomimo, że uwielbiam Korwina za jego barwny język i stałość w poglądach, to z łatwością pozwolę się z nim nie zgodzić. Budżety państw uznawanych za światowe mocarstwa, są bardzo potężne. Jeśli Polska ma aspirację dołączenia do największych gospodarek świata, to budżet państwa musi odpowiadać tym aspiracjom, chociażby w wydatkach na uzbrojenie, czy wydatkach infrastrukturalnych.

Szaleni krytycy anty-PiS-u oświadczą, że (oprócz tego, że te dane są sfałszowane), to wzrost dochodów państwa odbył się kosztem obywateli i firm. Wg ich narracji to żelazny uścisk PiS-owskiego urzędnika skarbowego, przygniótł do ziemi przeciętnego obywatela i przedsiębiorcę, który ledwo wiąże koniec z końcem i opłaca wszelkie nieodpowiedzialne programy społeczne wymyślone przez szalonego naczelnika Kaczyńskiego.

Spójrzmy jednak na fakty, i przypatrzmy się jakie kategorie dochodów państwa wzrosły.

Na wstępie należy odnotować np. ogromny wzrost branży paliw, dosłownie rok do roku. Z czego wynikający? Bynajmniej nie z transferów socjalnych, tylko z usprawnienia działania państwa. Nagle celnicy, inspekcje transportu drogowego i różne służby, zaczęły kontrolować wjeżdżające do Polski cysterny (wcześniej miały wręcz zakaz, o czym pisali sami funkcjonariusze np. służby celnej). Wprowadzono też odpowiednie przepisy dot. VAT-u. Efekt – olbrzymia szara strefa, dosłownie miliardy złotych, została nagle opodatkowana. Jak to wyglądało na liczbach.

W 2016 cały rynek paliw wzrósł o 15%
W 2017 o kolejne 11 proc. (11 proc z już powiększonej bazy o 15% w roku ubiegłym)
W 2018 już tylko 3%, co odpowiada wzrostowi wynikającemu z samego wzrostu PKB (szara strefa już istotnie zredukowana).

Wpłaty Orlenu do budżetu państwa wzrosły o 25% w ciągu 2 lat. Np. legalny rynek oleju napędowego wzrósł o 30% w ciągu 2 lat.

Wszystkie podatki na plus

W poszukiwaniu źródeł wzrostu dochodów budżetu państwa, trzeba zerknąć na poziom wpływów z poszczególnych podatków. Do porównania najlepiej nadają się lata 2015 (ostatni rok rządu PO-PSL), i 2017 r, w którym PiS odnotowało rekordowy wzrost dochodów budżetu.

Podatki – wartości w mld złotych 2015 2017 Różnica
CIT 32,8 38,1 +5,3 mld
PIT 83,1 97,5 +14,4 mld
VAT 123,1 156,8 +33,7 mld
Akcyza 62,8 68,2 +5,4 mld
Podatek od gier 1,3 1,6 +0,3 mld
Cła 2,9 3,5 +0,6 mld
Podatek od instytucji finansowych   4,3 +4,3 mld

Tabela wyraźnie pokazuje, że nie tylko podatek VAT, ale również podatek PIT wzrósł o blisko 15 mld złotych. Dość wysokie wzrosty odnotowano również na CIT oraz akcyzie, co można tłumaczyć ograniczaniem szarej strefy, i np. wzrostem branży paliw w wyniku nasilonych kontroli.

Tajemnica wzrostu PIT

Czym są spowodowane tak wysokie wzrosty po stronie podatku PIT? Można to bardzo łatwo wyjaśnić.

Zerknijmy na dane z kilku ostatnich lat dot. zatrudnienia w gospodarce narodowej.

W 2013 roku, liczba zatrudnionych wyniosła – 14,244 mln osób

2014 – 14,563 mln (wzrost o 319 tys.)

2015 – 14,829 mln (wzrost o 266 tys.)

2016 – 15,293 mln (wzrost o 463 tys.)

2017 – 15,710 mln (wzrost o 417 tys.)

2018 – 16,020 mln (wzrost o 310 tys.)

Między 2015 a 2017 rokiem, liczba osób zatrudnionych (legalnie) w polskiej gospodarce, wzrosła o 881 tysięcy osób, a w 2018 roku już ponad milion.

Pomnóżmy 881 tysięcy przez kwotę samej płacy minimalnej, wynoszącej w 2017 roku 2000 złotych, a wyjdzie nam kwota 1,762 mld zł miesięcznie. Rocznie zaś 21,144 mld złotych. W praktyce są to oczywiście liczby nieprecyzyjne, które pokazują jednak jakie minimalne kwoty mogły wygenerować dodatkowe miejsca pracy.

W praktyce, za wzrost podatku PIT odpowiada nie tylko wzrost liczby zatrudnionych, ale również systematycznie rosnące płace. Choć dodatkowe blisko milion osób, które wchłonął rynek pracy, mogło zrobić tak dużą różnicę (w poprzednich latach PIT wzrastał o 5-6 mld rocznie – tym razem wzrost rok do roku wyniósł około 8 mld).

O czym PiS nie mówi

Skąd wzięły się dodatkowe ręce do pracy? Odpowiedź jest dość prosta. Rząd PiS nie do końca dotrzymał obietnic wyborczy, i szeroko otworzył drzwi dla pracowników zza wschodniej granicy. Z zapowiedziami zgadza się tylko jedno – do pracy zostali zaproszeni głównie ludzie z podobnego do naszego kręgu kulturowego – a więc przede wszystkim Ukraińcy. W ostatnich latach liczba wydanych pozwoleń na pracę jest rekordowa. I chociaż Eurostat podał, że w 2017 roku Polska była liderem w całej Europie, wydając 597 tys. pozwoleń na pobyt (na drugim miejscu miałaby być Wielka Brytania – 180 tys. pozwoleń), to danych tych nie mogę potwierdzić w oficjalnych źródłach urzędowych. Liczbę 597 tys. podały jednak poważne serwisy gospodarcze – mimo wszystko nie biorę ich pod uwagę.

Wg danych GUS i Urzędu ds. Cudzoziemców w 2017 roku wydano 235,6 tys. zezwoleń na pracę dla cudzoziemców – czterokrotnie więcej niż w 2015 roku. W 2018 było to już 328 tys. zezwoleń, głównie dla obywateli z Ukrainy.

Zgodnie z szacunkami Narodowego Banku Polskiego z 2018 roku w Polsce pomieszkuje około 1,2 mln obywateli Ukrainy. Szacunek powstał na podstawie badania ustawień smartfonów. Firma wykonująca badanie przyjęła, że osoby mieszkające w Polsce, które mają ustawiony w telefonie język rosyjski lub ukraiński, oraz minimum raz w ostatnim roku były na terenie Ukrainy – to prawdopodobnie obywatele naszego wschodniego sąsiada, którzy dokładają całkiem sporą cegiełkę do wzrostu gospodarczego Polski.

Wszystko wskazuje na to, że rząd Prawa i Sprawiedliwości zamierza w dalszym ciągu kierować się tą strategią. Ze wzrostem liczby zatrudnionych wiąże się jeszcze dodatkowa kwestia.

W ostatnich latach systematycznie rosną wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych. Dopłata budżetowa do ZUS zaczęła spadać, dzięki spadkowi udziału dochodów pozaskładkowych w dochodach FUS (słowem, składki w coraz większym stopniu pokrywają wypłaty rent i emerytur, a te przecież rok do roku rosną, bo rośnie liczba emerytur i obniżono wiek emerytalny). W 2018 zaplanowano 46 mld dotacji z budżetu, a finalnie potrzeba było tylko 36 mld (10 mld budżet był do przodu).

Imigranci poprawiają więc nie tylko dochody podatkowe ale i zmniejszają wartość pozycji budżetowych po stronie wydatków. Nic dziwnego, że rząd zamierza w kolejnej kadencji, przyciągnąć kolejne setki tysięcy pracowników zza granicy, dzięki wzrostowi gwarantowanej płacy minimalnej.

"To kłamstwo! Rośniemy tylko dzięki konsumpcji! A inwestycje spadają!"

Zacietrzewieni antyPiS-owcy w tej sytuacji zaczną wykrzykiwać, że cały ten wzrost to oszustwo, a gospodarka w praktyce się nie rozwija, bo inwestycje spadają. Ponieważ stoczyłem sporo tego typu dyskusji z anty-PiS-owskimi adwersarzami, które tak się kończyły, postanowiłem to sprawdzić.

Faktycznie prasa w ostatnich latach podawała, że spada wartość inwestycji. Jednak w części publikacji podawała również, że wartość inwestycji wzrosła. Paradoksalne? Wszystko zależy jak odczytuje się dane, które spływają z gospodarki. Zamieszanie w interpretacji danych pokazuje przykład tekstu z portalu "money.pl"

Tytuł: "Inwestycje zagraniczne spadły. Morawiecki się przeliczył"

W tekście czytamy natomiast.
"
Wbrew oczekiwaniom premiera Morawieckiego inwestycje zagraniczne zamiast rosnąć to spadają. (…) W 2016 roku napływ kapitału netto z tytułu zagranicznych inwestycji bezpośrednich w Polsce wyniósł 54,9 mld zł. Był on o 2,6 mld zł niższy niż w rekordowym 2015 roku, ale o 9,9 mld zł wyższy niż w 2014 roku.
" Wszystko to jednak pozory – „zawaliło” wyjście Włochów z Banku Pekao. (…) Biorąc pod uwagę przypadek Unicredit trzeba stwierdzić, że z inwestycjami mimo wszystko nie jest źle. Z włoską poprawką wyniosłyby 58 mld zł. Byłby więc to nowy rekord."

Jak to wszystko rozumieć? A więc w 2016 roku wg. autora tekstu, inwestycje zagraniczne spadły, i jest to rozczarowanie dla premiera. Jednak gdyby nie wykup przez publiczny kapitał należącego do Włochów banku Pekao, który został zgodnie z założeniami polskiego rządu przejęty, w celu zwiększenia bezpieczeństwa polskiego sektora bankowego, wartość inwestycji zagranicznych byłaby rekordowa! Skąd taki mechanizm? Otóż do wartości inwestycji netto wylicza się wszystkie wpływy i wypływy kapitału z i do gospodarki. W przypadku sprzedaży przez obcy kapitał polskiego przedsiębiorstwa, to z Polski do zagranicy wypływają środki, a w bilansie inwestycji zagranicznych trzeba tę transakcję zapisać na minusie. Jednak w tym przypadku, operacja ta była jednym z głównych celów rządzących. Zwiększenie proporcji polskiego kapitału w sektorze bankowym było postulatem wielu specjalistów.

Jednak ta transakcja pokazuje, że to co najcenniejsze w wartościach inwestycji zagranicznych, to nie zmiany właścicielskie, czy sprzedaż papierów dłużnych, które również wchodzą do wyliczenia wartości inwestycji zagranicznych. To co najbardziej nas interesuje z punktu widzenia rozwoju gospodarki, to inwestycja w zakłady i miejsca pracy. Sprawdziłem jak wyglądały te nakłady dla kilku ostatnich lat. Czy faktycznie nakłady te spadły?

Zajrzałem do raportów NBP z lat od 2012 do 2018 roku (część z 2012 i 2013 musiałem przeliczyć z euro na pln – zrobiłem to po kursie 4,20 zł – taki był mniej więcej w 2012 i 2013 roku). Pozycja, która odpowiada wartości realnych inwestycji w gospodarkę, to pozycja "reinwestowane zyski", czyli zyski firm zagranicznych, które zamiast być wytransferowane poza granicę państwa, są reinwestowane w gospodarkę.

2012
– napływ netto inwestycji – 32 mld
– reinwestowane zyski – 18,51 mld
2013
– napływ netto inwestycji – 9,14 mld
– reinwestowane zyski – 17,32 mld
2014
– napływ netto inwestycji – 37,6 mld
– reinwestowane zyski – 25,9 mld
2015
– napływ netto inwestycji – 50,8 mld
– reinwestowane zyski – 29,1 mld
2016
– napływ netto inwestycji – 54,9 mld
– reinwestowane zyski – 37,2 mld
2017
– napływ netto inwestycji – 34,7 mld
– reinwestowane zyski – 38,1 mld
2018
– napływ netto inwestycji – 50,4 mld
– reinwestowane zyski – 37,7 mld

Okazuje się, że inwestycje netto nie tylko nie spadły, ale wręcz wzrosły. Największe spadki (za PO w 2013), czy za PiS (2017) wynikały z przeprowadzanych transakcji (sprzedaży), a w 2013 wynikały z olbrzymiego zawirowania na rynkach światowych ze względu na kryzys strefy euro – wtedy wszystkie parametry gospodarcze poleciały w UE w dół (wina nawet nie Tuska, ale raczej Merkel).

Powyższe dane mogą się wydawać sprzeczne np. dla 2017 – wpływ netto jest mniejszy, niż reinwestowane zyski. A dlaczego? To właśnie uwidoczniony w bilansie wykup od inwestora zagranicznego banku za 10,6 mld W bilansie inwestycji zagranicznych NBP musiał odjąć transakcję – czyli napływ netto inwestycji policzono minus 10,6 mld, bo tyle kapitału wypłynęło z polskiej gospodarki, i to się odejmuje od wartości inwestycji przychodzących. Tymczasem zagraniczne firmy i tak zainwestowały w 2017 roku w Polsce więcej niż rok wcześniej – bo 38 mld, i 9 mld więcej niż w ostatnim roku rządów PO-PSL.

Do bilansu netto inwestycji zagranicznych bierze się również pod uwagę transakcje kapitałowe (czyli przejęcia) i instrumenty dłużne. Tak jak wspomniałem powyżej one nie budują polskiej gospodarki, są tylko zmianą właściciela np. z krajowego na zagranicznego, lub akcją kredytową, w której polska firma zapożycza się u zagranicznego dostawcy kapitału. Tymczasem dla rozwoju gospodarki liczy się wartość bezwzględna inwestycji firm – czyli głównie reinwestowane zyski. A te – za PiS, nie spadły, a wręcz wzrosły i są na wyższych poziomach niż za rządów PO-PSL.

Aby być rzetelnym trzeba zaznaczyć, że być może procentowo jednak spadły (trzeba by sprawdzić wartości procentowe – na potrzeby tego tekstu nie robiłem tego), bo PKB Polski wzrósł nominalnie w 3 lata rządów PiS z 1 798,3 mld w 2015 do 2 116,40 mld w 2018. Czyli wzrósł o 318 mld. Przez 3 ostatnie lata rządów PO-PSL PKB wzrósł o 203,10 mld. Czyli przy wskaźnikach inwestycji liczonych w proporcji do PKB, być może inwestycje zagraniczne nieco spadły – wartość PKB jest bowiem o 318 mld wyższa niż za rządów PO. Natomiast w wartościach bezwzględnych inwestycje właściwie weszły na wyższy poziom o 10 mld rocznie, niż w najlepszym z 4 poprzednich lat rządów PO-PSL.

W ostatnich latach światowa gospodarka, w szczególności państwa zachodnie notują raczej spadek wartości inwestycji. Klimat naszego otoczenia, czyli skostniała Unia Europejska, nie wpływa korzystnie na decyzje inwestycyjne firm, które wybierają chętniej państwa Azjatyckie. W 2017 Bezpośrednie Inwestycje Zagraniczne (BIZ) do państw rozwiniętych spadły aż o 37%, do krajów rozwijających stanęły w miejscu. Uśredniony spadek dla gospodarki całego świata w 2017 to minus 23% – (dane World Investment Report 2017, UNCTAD). Wobec takiego otoczenia, wysokość inwestycji zagranicznych w Polsce nie jest na najgorszym poziomie.

"Wszystko na kredyt! Będziemy to spłacać do 10 tego pokolenia!!!"

Kolejny argument tych, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości powyższych danych jest oskarżenie o zadłużanie Polski. Jednak znowu, sytuacja wydaje się zgoła odmienna. Dług publiczny Polski faktycznie wzrósł w ostatnich latach o dodatkowe miliardy. Podobnie jak w ubiegłych latach zadłużenie Polski systematycznie rośnie, przyprawiając co bardziej nerwowych o zawroty głowy. Jednak w przypadku zadłużenia nie można nie spojrzeć na relację długu do wartości PKB Polski.

Tak więc uwaga – za PiS, poziom zadłużenia Polski spadł. I to wyraźnie.

W 2019 roku wynosi on około 48% w stosunku do wielkości gospodarki. W 2013 roku, wynosił on 55,7%, co w praktyce powinno uruchomić zapisy art. 86 ustawy o finansach publicznych, która w takim przypadku wymagała by w kolejnym roku budżetowym, nie zapisywano deficytu budżetowego. Rząd PO-PSL uratował się wykonując skok na środki zgromadzone w OFE, dzięki czemu relacja długu publicznego do PKB spadła, by w kolejnych latach znowu rosnąć.

Mimo wysokich nakładów na wydatki socjalne, dzięki wysokim wzrostom dochodu, i wysokiemu wzrostowi PKB, dług publiczny Polski obniżył się do 48% w stosunku do wartości gospodarki. Rząd pomału ogranicza też koszty obsługi długu  (z 31 mld rocznie na 29 mld rocznie) i poprawia struktura długu (spada dług zagraniczny z np. 35% w 2015 do 31% w 2018 r.).

Co to oznacza dla nas w praktyce? Że po prostu stać nas na coraz więcej. Przykład. Gdy gospodarka z długiem 1 bilion wrośnie z wartości 2 bilionów na 4 biliony, to poziom zadłużenia spadnie z 50% na 25%. Natomiast nominalnie on może rosnąć co roku o dodatkowe miliony. Właśnie takiej sytuacji doczekaliśmy. Nominalny dług publiczny rośnie, jednak w stosunku do wartości PKB w Polsce, jego wartość przeraża coraz mniej.

Posłowie

O różnego rodzaju wskaźnikach gospodarczych można by było rozpisywać się jeszcze długo. Jednak spojrzenie na powyższe liczby wskazuje, że za czasów rządu PiS, zarówno wartość polskiego PKB jak i wysokość dochodów państwa zdecydowanie zwiększyły się. Udało się to nawet bez wspomnianej w tytule inwazji na Czechy.

PiS przełamał tym samym panującą od 89 roku niemoc w realizacji programów wyborczych i totalny brak zaufania do klasy rządzącej. Spełnione obietnice socjalne, lewicowego gospodarczo rządu, przyniosą prawdopodobnie sukces wyborczy. Dla polskiego społeczeństwa szokujące wydaje się to, że klasa rządząca w końcu dzieli się owocami wzrostu gospodarczego i dotrzymuje słowa przy kluczowych obietnicach.

Tymczasem zewsząd docierają niepokojące informacje ze światowej gospodarki. Jak poradzi sobie ekipa Kaczyńskiego w środowisku pełnym gospodarczego chaosu – o tym przekonamy się już za cztery lata, ale tylko wtedy, jeśli damy szansę politykom PiS już w najbliższą niedzielę.

 

Źródła:

Główny Urząd Statystyczny

Urząd ds. Cudzoziemców

Narodowy Bank Polski

money.pl

bankier.pl

pb.pl