O człowieku, który przyprowadził zakrwawioną Mariolkę.

Z życia wzięte. Siedzę sobie ostatnio w poczekalni jednego z warszawskich Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Dookoła dość typowe jak na tego typu miejsce towarzystwo. "Wczorajszy" żul w brudnym podkoszulku z wyeksponowanym tatuażem, który cwaniakuje, łazi po korytarzu zaczepiając pacjentów, jakaś Pani, która udaje chorą i chce sobie na SOR-ze załatwić szybciej tomograf, kilka babć z nadciśnieniem, jakiś młodzian z podbitym okiem. Co chwila ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Trochę sobie poobserwowałem to towarzystwo ale ile można, w końcu wyciągam książkę o kosmosie i staram się czytać.

Nagle wchodzi około 50-letni Steve Jobs (tzn. gość o takiej stylówie z laptopikiem pod pachą), i pcha przed sobą młodą dziewoję w niezbyt dobrym stanie. Niewiasta, roboczo nazwijmy ją Mariolką, trzyma w górze wyraźnie uszkodzoną rękę, jest cała we krwi i prowizorycznie opatrzona jakimś materiałem. Podchodzą do rejestracji.

Czytaj więcej